MIKROBLOG Z USA – CZY…

MIKROBLOG Z USA – CZY KALIFORNIA UPADA?

#ameryka #usa #neuropa #4konserwy #podatki #kalifornia #teksas #ekonomia

Czytam sobie na głównej mocno wykopywane znalezisko o tym, jak to niby Kalifornia się wyludnia z powodu wysokich podatków dochodowych. Link tutaj. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że spora część wykopu ma poglądy jakie ma (korwinizm), ale być może reszta po przeczytaniu tego wpisu spojrzy nieco krytyczniej na korwinistyczną propagandę.

Dodam tylko, że ja akurat jestem szczęśliwym Kalifornijczykiem 🙂

[1] Czy podatki w Kalifornii są wysokie?

To jest wbrew pozorom bardzo trudne pytanie! W USA system podatkowy jest skonstruowany inaczej niż u nas w Polsce. W Polsce mamy PIT, CIT, VAT i akcyzę, które przynoszą gros dochodów podatkowych i są zbierane przez rząd, a następnie rozdzielane samorządom, urzędom i agencjom. W liczbach wychodzi to tak: 179 mld zł z VAT, 34,8 mld zł z CIT i 64,3 mld zł z PIT. Dodatkowo samorządy zbierają trochę podatków (np. od nieruchomości), ale w porównaniu z tymi pierwszymi to naprawdę marne promile. W budżetach jednostek samorządu terytorialnego największe pozycje po stronie dochodowej to udział w podatku PIT i CIT, samorządy nie dostają natomiast nic z VAT ani akcyzy (przynajmniej nie bezpośrednio).

W USA jest inaczej. USA jest federacją, czyli przypomina coś na kształt Unii Europejskiej – jest rząd federalny zajmujący się głównie obroną, prawem i polityką zagraniczną, ale oprócz tego są też rządy (i parlamenty) stanowe. Rząd federalny utrzymuje się z PIT (51%), podatku od pensji (35% – to odpowiednik naszych składek na ZUS itd.), CIT (6%) i innych podatków (w tym akcyzy, 8%). Osobne podatki zbierają jednak stany i lokalne jednostki samorządu. Dla nich PIT to już tylko 26% dochodu, a pozostałe duże pozycje to podatek katastralny (31%), podatek od sprzedaży (24%) i inne podatki (w tym od specjalistycznej sprzedaży, 18%).

Porównajmy pod tym kątem Kalifornię i Teksas (który w znalezisku postawiono jako wzór). Tak się składa, że pracuję w firmie, która ma oddziały i w jednym i w drugim stanie, a dodatkowo mamy wewnętrzne forum, na którym ludzie anonimowo dzielą się swoimi zarobkami. Dzięki temu wiem, że ta sama lub porównywalna rola na tym samym poziomie zaszeregowania w Kalifornii może liczyć na ok. 111 tys. brutto, zaś w Teksasie na ok. 89 tys. brutto. Według kalkulatora pensji SmartAsset w San Francisco da nam to $73,151 netto, zaś w Austin (gdzie siedziby mają wszystkie firmy z sektora tech w Teksasie) – $68,513 netto. Gdyby w Teksasie płacono tyle samo co w SF, mieszkaniec Austin zabrałby do domu 10 tys. więcej niż mieszkaniec SF.

Tyle tylko, że to tylko podatek dochodowy. A są przecież jeszcze inne podatki – na przykład od nieruchomości. Ten sam kalkulator przeliczy nam, że w Austin za dom kosztujący 350 tys. dolarów zapłacimy $6,311 podatku. Za taki sam dom w San Francisco portfel uszczupli nam się o $2,272, czyli trzy razy mniej. Sales tax jest już porównywalny (8,5% w SF do 8,25% w Austin), przy czym w Kalifornii więcej produktów jest z niego zwolnionych. Kalifornia daje też więcej możliwości odpisów od podatków, np. założenie medical spending account, które odlicza się od kwoty opodatkowania.

Ogółem faktem jest, że generalnie podatki w Kalifornii są nieco wyższe, ale nie jest to żadna szokująca różnica. Co jest wysokie i szokujące to dopiero drugi punkt, czyli…

[2] Dlaczego życie w Kalifornii jest drogie i czemu tak samo będzie w Teksasie?

Podatki to nie wszystko. Przeciętny człowiek więcej niż na podatki wydaje na czynsz czy kredyt hipoteczny. A tutaj niestety Kalifornia jest dramatycznie droga i to właśnie powoduje, że wiele osób – szczególnie jeśli chcą założyć rodzinę – ją opuszcza.

Kalifornia jest ofiarą myślenia, które swoją drogą jest bardzo popularne wśród korwinistów, a mianowicie „zlikwidujmy transport publiczny, niech każdy ma własne auto i dom pod miastem”. Dokładnie tak zdecydowano rozwijać stan w latach 50-tych. I oczywiście na początku to działało, tylko szybko okazało się, że Kalifornia to jednak dość górzysty stan, więc po prostu skończyła się ziemia, na której można budować. Jednocześnie jednak sukces gospodarczy stanu przyciągał coraz to nowych ludzi. W ostatnich 50. latach liczba Kalifornijczyków się podwoiła, a tylko od 2010 wzrosła o kolejne 6,1% (ponad 2 mln, do 39,5 mln). Dodatkowo okazało się, że system drogowy nawet z dziesięciopasmowymi autostradami nie jest w stanie obsłużyć takiej ilości samochodów.

Można by zapytać – no dobrze, to czemu po prostu nie zburzą tych domów, a na ich miejsce zbudują bloki? Otóż USA (wszędzie, nie tylko w Kalifornii) ma bardzo rygorystyczne zasady planistyczne. Na przykład w Polsce nie ma problemu z tym, żeby do domu jednorodzinnego dobudować skrzydło i podzielić dom na parter i piętro, żeby mieszkały w nim dwie rodziny. Takie coś nie przejdzie w USA. O ile pozwolenie na extension (czyli dobudówkę) można jeszcze jakoś zdobyć jeśli ogólna powierzchnia domu nie przekracza dopuszczalnej powierzchni zabudowy działki (tak, jak w USA masz działkę to nie ma „wolnoć Tomku w swoim domku” jak w PL – miasto wskaże ci nawet maksymalną powierzchnię domu), o tyle dwie rodziny mieszkające na jednej działce w strefie jednorodzinnej nigdy nie przejdą. Jeśli zrobisz to nielegalnie to miasto przyjedzie z ekipą budowlaną przywrócić stan do pierwotnego i wystawi ci za to rachunek. Na domiar złego, osoby, które kupiły swoje domy wcześniej wykazują postawę NIMBY – not in my back yard, czyli „tak, jestem za tym, żeby budować bloki, ale nie w mojej okolicy!”.

Tę postawę chciał niedawno prawnie zniszczyć stanowy senator Demokratów z SF, Weiner. Jego propozycja legislacyjna zakładała, że automatycznie zmienia się zoning (czyli ten plan zagospodarowania) na podstawie parametrów okolicy, czyli np. w promieniu kilkuset jardów od przystanku autobusowego można budować bliźniaki, przy stacji kolejowej bloki do 5 pięter itd. Niestety siła NIMBY jest taka, że zarówno Demokraci jak i Republikanie projekt storpedowali, mówiąc, że zagraża on charakterowi dzielnic.

A teraz czemu uważam, że tak samo będzie w Teksasie? Bo dokładnie tą samą ścieżką idzie ten stan. Najlepszy przykład to właśnie Austin, czyli miasto, do którego ściągają byli Kalifornijczycy. Austin w przeciągu ostatnich 10 lat zmieniło się z małego w sumie miasta w nowoczesne centrum biznesu tech, populacja rośnie jak na drożdżach, ale oczywiście wszędzie są tylko domy jednorodzinne. Polecam spojrzeć na Google Maps – miasto wraz z przedmieściami ma populację nieco mniejszą niż Warszawa, a obszar zabudowy jest pewnie z trzy razy taki. I już zaczynają się problemy – nieustanne korki, a ceny mieszkań i domów bliżej centrum rosną o 20% rocznie. Teksas ma tę przewagę, że jest płaski, więc można budować na boki w zasadzie w nieskończoność, ale to ma też swoją cenę – wszędzie jest dramatycznie daleko.

Przytoczę opinię mojego kolegi z pracy, który niedawno został ojcem i którego kuzyn w Teksasie przekonuje go, by się tam przeprowadzić. Idzie ona tak: „No jasne, tutaj mam 2-bedroom mieszkanie, za które sporo płacę, ale jednocześnie wystarczy nam jedno auto, do sklepu idę pieszo, na stację kolejową do SF mogę Uberem podjechać za 8 dolarów. A w Teksasie? Mój kuzyn ma super dom, basen, duży i wszystko, ale tak: do szkoły? Brum brum 20 minut. Do parku? Brum brum 20 minut. Do supermarketu? Brum brum 15 minut. Niby 15-20 minut to niewiele, ale jak tak musisz krążyć wszędzie to nagle z tego się robi pół dnia w aucie”.